Rozdział 4: Bliżej prawdy

czwartek, 16.października.2014, 23:00

Wybiła jedenasta, jednak w dormitorium chłopców wciąż paliło się światło. Harry tego dnia z samego rana wrócił ze skrzydła szpitalnego, ale dopiero późnym wieczorem mógł pozwolić sobie na cichą dyskusję z Ronem. Oboje nasłuchiwali, czy Hermiona nie zbliża się do drzwi ich sypialni. Odrabiała w pokoju wspólnym pracę domową z historii magii, więc istniało ryzyko, że postanowi wpaść do nich z nieoczekiwaną wizytą pod pretekstem pomocy w odrobieniu szkolnych zaległości.
– Mówisz, że znalazł was Snape? – Harry zapytał szeptem i spojrzał niepewnie w stronę wejścia do dormitorium.
– Tak, to on zabrał nas do skrzydła szpitalnego. Nie omieszkał odjąć naszemu domowi pięćdziesięciu punktów i wlepić mi szlabanu za pobicie Malfoya. Możesz w to uwierzyć? Przecież ten idiota mi oddał. – Ron zrobił skwaszoną minę, po czym wskazał palcem wargę, na której nie było już żadnych oznak bójki.
– Zastanawiam się, co zamierzał Malfoy. – Harry potarł dłonią brodę w zastanowieniu.
– Jak to co?! Chciał cię zabić, a przy okazji mógł wyczyścić cały zamek, jestem pewien, że działał na zlecenie Voldemorta! – Weasley uniósł głos, a Harry przyciągnął palec do ust, aby go uspokoić. Nie chodziło tu tylko o Hermionę, miał także na uwadze pozostałych lokatorów, z którymi dzielili pokój. Gryfon nie wykluczał teorii przyjaciela, Malfoy  mógł chcieć jego śmierci i dodatkowo świetnie zdawał sobie sprawę z faktu, że Harry jest podatny na moce denentorów. Z drugiej strony istniało duże ryzyko, że Malfoy sam wpadnie w sidła straszydeł, w końcu te nie grzeszyły rozumem i  w głowach zakodowane miały tylko jedno pragnienie – zaspokoić swój głód. Myśląc jedynie brzuchem, dementorzy często nie odróżniali sprzymierzeńca od potencjalnego nieprzyjaciela. Zatem nie byli idealnymi partnerami do przeprowadzenia ataku. Harry dziwił się, dlaczego Malfoy chciał aż tak zaryzykować. Nie lepiej byłoby podrzucić truciznę do jedzenia lub potraktować najgorszym z zaklęć niewybaczalnych? Poza tym, Voldemort chciał dopaść Harry’ego osobiście. Gdy dłużej nad tym myślał, coraz bardziej uświadamiał sobie, że to wszystko nie ma sensu.
– Ta cała sprawa zupełnie się nie klei – odezwał się ponownie zamyślony, po czym przewrócił się na bok z głową podpartą na łokciu. Lustrował Rona nieco nieobecnym wzrokiem.
Rudzielec zmarszczył brwi, wyglądał, jakby ktoś go spoliczkował.
– Co masz na myśli? – zapytał wyraźnie zaintrygowany.
– Dobrze wiesz, że Voldemort ma zamiar pozbyć się mnie osobiście.
– Może znalazł sposób, by nie brudzić własnych rąk? Malfoy nienawidzi cię prawie tak bardzo jak Snape, więc jest idealnym kandydatem do wykonania zadania. W sumie nie zdziwiłbym się gdyby ci dwaj wspólnie uknuli ten spisek – odpowiedział pewny siebie Ron, najwyraźniej bezgranicznie pewien swoich racji. Harry zastanawiał się, czy zdrowe podejście Rona nie zostało zmącone przez szlaban, który wcześniej otrzymał od mistrza eliksirów. Sekundę później można było usłyszeć delikatne szarpnięcie za klamkę i zza drzwi wyłoniła się głowa Hermiony.
– Nareszcie przyszła pani stojąca za drzwiami. Najpierw pukasz, potem pytasz czy możesz wejść, a następnie spokojnie czekasz na odpowiedź. Jeśli nikt się nie odezwie, odchodzisz. Czego, z tego co ci powiedziałem, nie rozumiesz? – odparł rozdrażniony rudzielec.
Hermiona łypnęła na niego nieprzyjemnie, po czym cicho wślizgnęła się do środka. Rozejrzała się po pokoju i przez dłuższą chwilę obserwowała bałagan na łóżku Rona. Wszędzie walały się jego rozrzucone ciuchy, które już dawno powinny leżeć w koszu na brudne ubrania w łazience. Kołdra była wymiętoszona, zwinięta w kłębek i na domiar złego wychodziła już ze szkarłatnej poszwy. Prześcieradło koloru złota, zdążyło zejść niemal całkowicie z materaca,  formując się w idealnie zwiniętą harmonijkę. Gryfonka patrzyła na ten nieład z politowaniem. Ron natomiast usiadł wygodnie po turecku z dumnie wypiętą piersią. Wydalał się zadowolony z owego obrazu nędzy i rozpaczy, jaki właśnie zaprezentował dziewczynie.
– Czemu jeszcze nie śpisz? – Hermiona zwróciła się do Harry’ego, wchodząc w głąb pokoju. Masowała delikatnie napuchnięty nadgarstek, który nieustannie był dręczony przez swoją właścicielkę. Z łatwością można było wywnioskować, że spędziła wiele godzin na pisaniu długich wypracowań.
– Wystarczająco wypoczął w skrzydle szpitalnym – parsknął Ron.
– Jak możesz z tego żartować?!  Jeszcze wczoraj był na skraju śmierci! – żachnęła się przyjaciółka, a jej policzki zrobiły się czerwone od złości.
– Niepotrzebnie panikujesz – odparł, racząc dziewczynę złośliwym uśmiechem.
– Zastanawiam się jak Harry może się z tobą przyjaźnić – odgryzła się Hermiona i, jak miała w zwyczaju, usiadła na łóżku Harry’ego.
– Moglibyście wreszcie przestać? Nie jesteśmy tu sami. – Podenerwowany Harry postanowił się wtrącić, gdy Ron miał zamiar po raz kolejny otworzyć usta. Ostatecznie swoje trzy grosze wcisnął Neville, który płaczliwym głosem zaczął wspominać przez sen swoją nieżyjącą ropuchę. Na szczęście w pewnym momencie przewrócił się na plecy i umilkł. Hermiona głośno wypuściła powietrze.
– Harry… gdybyś chciał odrobić zadanie z eliksirów, będę w pokoju wspólnym. Przyszłam tu, żeby ci to powiedzieć – rzekła przepraszającym tonem. Chwilę później opuściła pokój, by móc w spokoju pogrążyć się w nauce. Przed wyjściem nie omieszkała poinformować, że jutro odbędzie się test z zielarstwa, na który Ron i Harry też powinni się koniecznie przygotować.
– Jej chorobliwa obsesja na punkcie edukacji zaczyna mnie poważnie niepokoić. Mam nadzieję, że da się to jakoś leczyć – szepnął Ron z przerażoną miną. Harry nic nie odpowiedział, zamiast tego zaczął wygodnie układać się do snu.
– Po tylu latach powinieneś się do tego przyzwyczaić – głośno ziewnął, dając tym samym wyraźny sygnał, że najwyższa pora iść spać.
– Żartujesz, nigdy tego nie zrobię! – odparł oburzony Ron, po czym machnął różdżką i natychmiast zapadła ciemność. Gdy po dziesięciu minutach do miarowych oddechów dołączyło głośnie chrapanie, było jasne, że Weasley w końcu zasnął. Harry jednak nie mógł iść jego śladem i spędził jeszcze sporo czasu na przekręcaniu się z boku na bok, nim wreszcie zmorzył go sen.

**




Małymi krokami zbliżał się koniec września. Jesień zdążyła wreszcie się zadomowić. Na drzewach z każdym dniem ubywało liści i pomału robiło się chłodno. Dla niektórych był to znak, że trzeba wziąć się do roboty, ponieważ rok szkolny na dobre się zaczął. Ciągle przybywało prac domowych oraz obszernych wypracowań, nie obyło się także bez częstych egzaminów. Zajęcia były regularnie odwoływane, więc nauczyciele w ten sposób chcieli nadrobić powstałe z ich winy zaległości. Posępna atmosfera nie ustępowała. Brakowało znanej, radosnej wrzawy, która zazwyczaj wypełniała stare mury zamku. Wszyscy byli nieufni i przygaszeni. Plotki o dementorach, którzy w nieznany sposób wtargnęli na teren zamku, błyskawicznie obiegły zamek. Większość zdała sobie sprawę, że nigdzie nie jest bezpiecznie. Do Hogwartu nieprzerwanie napływały listy z zażaleniami od rodzin młodych czarodziei. Dyrektorowi zarzucano zaniedbanie obowiązków, do których należało również zapewnienie bezpieczeństwa w szkole. Żeby zapanować nad szerzącym się chaosem, wprowadzono nowe wytyczne dotyczące bezpieczeństwa. Od tej pory uczniowie z młodszych klas w wolnych od zajęć chwilach spędzali czas w swoich dormitoriach, a gdy musieli gdzieś wyjść, łączyli się w większe grupy. Nad nimi pieczę sprawowali prefekci, pilnując, by nikomu nie stała się krzywda. Do Hogsmeade mogły udać się jedynie najstarsze klasy, mimo że nie obyło się bez licznych protestów, nie było żadnych wyjątków. Cisza nocna obowiązywała od dwudziestej pierwszej, nikt zatem, nawet siódmoklasista, nie mógł wałęsać się po zamku, kiedy zegar wybił tę godzinę. Wyjątkiem byli prefekci naczelni, którzy mieli w obowiązku każdorazowo odbywać nocną wartę. W zamian nie musieli chodzić na szkolne zajęcia.
Harry’emu kolejne dni minęły na bezskutecznych próbach skontaktowania się z Dumbledore’em. Kilkakrotnie próbował przekonać Hermionę, aby pozwoliła mu się dostać do gabinetu dyrektora, Gryfonka jednak nie zamierzała ułatwiać mu sprawy i raz po raz wykręcała się od wyjawienia magicznego hasła. Twierdziła, że sama go jeszcze nie zna i nie wie, kiedy wejdzie w jego posiadanie. Profesor MacGonagall również okazała się nieugięta w tej sprawie – nie mogła pozwolić mu na rozmowę z dyrektorem, bo, jak twierdziła, jest bardzo zajęty i nie można zawracać mu głowy błahymi sprawami. Harry użył wszystkich argumentów, aby zmienić zdanie opiekunki, jednak nic nie wskórał. Ron też nie był pomocny. Choć Harry dołożył wszelkich wysiłków, aby coś od niego wydusić, rudzielec nie chciał pisnąć ani słówka. Nawet złość, jaką ostatnimi czasy żywił do Hermiony, nie była w stanie go złamać. Doskonale zdawał sobie sprawę, że będzie głównym podejrzanym, jeżeli jego najlepszy kumpel wejdzie w posiadanie hasła. Harry bardzo się starał, ale z każdym kolejnym dniem stawał się coraz mniej wyrozumiały w kwestii swoich przyjaciół. Miał wrażenie, że ma takie same prawa, co uczniowie pierwszych klas. Nie przypuszczał, że kiedyś to nastąpi, ale zaczął unikać dwójki najbliższych mu osób. Wolał usunąć się w cień niż prowadzić z nimi bezsensowne spory, które i tak do niczego dobrego nie prowadziły. W pojedynkę był w stanie z nimi wytrzymać, ale kiedy ci dwoje przebywali razem w tym samym pomieszczeniu, ciągle dochodziło do kłótni. Harry miał już powoli tego dosyć, mimo wielu próśb, nie byli w stanie normalnie ze sobą rozmawiać w jego obecności. Spierali się o wszystko, co tyczyło się Harry’ego. Hermiona ciągle próbowała zaciągnąć go do nauki i przy każdej nadarzającej się okazji przypominała mu o rosnących zaległościach. Ron nieustannie poruszał temat nadchodzących treningów quiditcha, na co Hermiona teatralnie wywracała oczami. Harry kochał latać, ale obecnie nie był w stanie myśleć o drużynie, nie czerpał przyjemności z rozrgywanych prób. Rola kapitana zaczynała go zwyczajnie przerastać. Przestał przychodzić na treningi. Zawsze znajdował jakąś wymówkę, paradoksalnie najczęściej wykręcał się nauką lub kiepskim samopoczuciem. Ron nie zadawał pytań, zapewniał Harry’ego, że nad wszystkim panuje. Od jakiegoś czasu to Weasley przejął rolę kapitana i zajmował się obmyślaniem strategii na najbliższy mecz. Często chodził napuszony jak paw, opowiadając, ile zdobył goli i jakie postępy poczyniła jego drużyna. Harry nie miał mu tego za złe. Świetnie zdawał sobie sprawę, że Ron marzył o pozycji kapitana i od zawsze zazdrościł jej Harry’emu. W przeciwieństwie do niego, Ron wciąż posiadał pasję. Teraz w końcu nadszedł jego upragniony czas, mógł wreszcie rozwinąć skrzydła i pokazać na co go stać. Jednakże wszelkie ważne zmiany i decyzje dotyczące drużyny nie mogły wejść w życie bez zgody Harry’ego, bo to on prawnie wciąż był kapitanem. Sprawa była o tyle prosta, że zarówno Ron, jak i Harry, mieli podobne podejście do kierowania drużyną. Dlatego działania Rona zazwyczaj pokrywały się ze wszystkimi założeniami Pottera.


Inna sprawa, jaka cieszyła Gryfona, to fakt, że nie musi użerać się ze Ślizgonami. Wbrew wcześniejszym obawom Rona, nikt nie kpił z niego po wpadce z dementorami, nie doświadczył również żadnych przykrych wzmianek na temat pobytu w skrzydle szpitalnym. Przeciwnie, mieszkańcy domu Slytherinu najwyraźniej nie byli zainteresowani szydzeniem z Harry’ego. „Są pewnie zawiedzeni, że Malfoy cię wtedy nie wykończył” – Ron próbował tłumaczyć ich nienaturalne zachowanie. Z perspektywy Harry’ego byli tak samo przerażeni i zagubieni jak cała reszta uczniów Hogwartu. Szczególnie Malfoy wyglądał mizernie. Miał nienaturalnie (nawet jak na niego) bladą twarz oraz mocno podkrążone oczy, w których nie czaiła się znana Harry’emu wyższość i pogarda. Sprawiał raczej wrażenie chorego.
– Coś się stało, Harry? – zapytała Hermiona, która siedziała naprzeciw niego przy stole Gryfonów w Wielkiej Sali. Spojrzała za siebie, podążając za jego wzrokiem.
– Nie, nic… Zamyśliłem się tylko – skłamał, nie chcąc zdradzać, że to Malfoy był obiektem jego zainteresowania.
– Zamiast bujać w obłokach, powinieneś wziąć się wreszcie za wypracowanie z eliksirów. Jeśli za dwa tygodnie Snape nie zobaczy go na swoim biurku, będziesz miał poważne kłopoty. Nawet Ron już swoje skończył. – Surowy wyraz twarzy Hermiony sugerował, że dziewczyna jest bardzo zawiedziona. Nie lubiła, gdy ktoś przez lenistwo wymigiwał się od swoich obowiązków. Patrzyła uważnie jeszcze przez chwilę na swojego przyjaciela, a następnie skosztowała zupy pomidorowej, która zdążyła już ostygnąć.
– Mogłabyś dać mu spokój? Zbliża się dopiero koniec września, musimy się jeszcze zaklimatyzować. – Ron stanął w obronie swojego przyjaciela. Rozglądał się po stole w poszukiwaniu ulubionych potraw. Już po chwili na ten sam talerz kładł udko z kurczaka, jabłecznik i śledzie marynowane w occie.
– Rozumiem, że właśnie takiego wyjaśnienia zamierzacie udzielić nauczycielom? Nie liczyłabym na wyrozumiałość z ich strony.  Myślałam, Harry, że chcesz zostać aurorem? Wiesz przecież jak ważna do spełnienia tego marzenia jest ocena z eliksirów.
– Postaram się dziś nad tym przysiąść. – Harry wstał od stołu i zasunął krzesło. – Muszę już iść. Spotkamy się w pokoju wspólnym – odparł nieco nieprzytomnym tonem i szybkim krokiem skierował się do wyjścia. Za sobą słyszał wyraźny protest Hermiony, który jednak błyskawicznie został stłumiony przez Rona. Pędem pobiegł do pokoju wspólnego. Gdy tylko tam się znalazł, pospiesznie zaczął wyglądać przez wszystkie okna, a następnie zrobił to samo w dormitorium. Ze smutkiem usiadł na łóżko. Hedwigi znów nigdzie nie było. Zaczynał poważnie się martwić. Na każdej przerwie między lekcjami wracał z nadzieją, że zobaczy swoją ukochaną sowę latającą przed oknami pokoju wspólnego lub siedzącą na parapecie w dormitorium, niedaleko jego łóżka. Po raz kolejny poczuł nieprzyjemne ukłucie w sercu, gdy zdał sobie sprawę, że i tym razem nigdzie jej nie ma. To już ponad miesiąc, odkąd stracił z nią kontakt. Ciągle zastanawiał się, co mogło się stać. Czy spotkało ją coś złego? Może to Harry zawinił? Próbował sobie przypomnieć ostatni dzień, w którym zniknęła Hedwiga i nie przypominał sobie, aby sprawił jej jakąkolwiek przykrość. Nic, co mogłoby tłumaczyć tak długą nieobecność ptaka. Kilka razy na przestrzeni lat zdarzyło się, że podniósł głos na Hedwigę, gdy o trzeciej nad ranem zaczynała rzucać się w klatce. Robiła to najczęściej dlatego, że Harry już dawno spał, kiedy ona z dumą przylatywała z myszą upolowaną specjalnie dla niego. Gdy dostawała reprymendę od Harry’ego, rzecz jasna gniewała się, ale po kilku dniach wracała i oboje się przepraszali. Chłopak uśmiechnął się ponuro, kiedy przywołał w pamięci jedno z tych wspomnień. Czuł się coraz gorzej, bez Hedwigi ciężko było mu wytrwać w tej chorej sytuacji, gdzie wszyscy dookoła ciągle starali się czuwać nad jego bezpieczeństwem. Tylko jego skrzydlaty przyjaciel mógł załagodzić sytuację, kiedy było mu naprawdę źle. Zawsze potrafił poprawić mu humor i sprawić, że znów miał ochotę działać i nie poddawać się. Przy Hedwidze wszystko po prostu wydawało się łatwiejsze. Harry ponownie zszedł na dół do pokoju wspólnego i jeszcze raz wyjrzał przez jedno z okien. W oddali zauważył chatkę Hagrida, grubo zaścieloną liśćmi. Ścieżka przed nią również była nimi pokryta. To sugerowało, że wciąż nie było go w Hogwarcie. Harry wiedział jedynie tyle, że wykonywał ważną misję dla Zakonu Feniksa. Kolejna bliska mu osoba przepadła bez wieści. Jedyne co mu pozostało, to mieć nadzieję, że wszyscy wrócą cali i zdrowi. Nie najlepiej znosił pobyt w Hogwarcie. Nie tak to sobie wyobrażał. Chciał, żeby wszystko wreszcie się skończyło i bliskie mu osoby wróciły do swych domów całe i zdrowe. Zaśmiał się ponuro, kiedy zdał sobie sprawę ze swoich pragnień. Zwiesił głowę i ruszył w kierunku portretu Grubej Damy, by udać się na transmutację. Nie miał ochoty na spotkanie z Ronem i Hermioną, z drugiej jednak strony nie chciał być sam.

**

Szli opustoszałym korytarzem w stronę lochów. Mimo wciąż trwającej przerwy mury, zamku świeciły pustką. Raz minęli małą grupkę uczniów, która stała przed klasą, czekając na lekcję. Szybko rozstąpiła się, gdy trójka Gryfonów w błyskawicznym tempie zmierzała w ich kierunku.


– Harry! Zwolnij, chciałam z tobą porozmawiać – Hermiona zwróciła się błagalnie do Harry’ego, ten jednak zdawał się uparcie ją ignorować. – Powiedz, proszę, że jesteś przygotowany na eliksiry i zrobiłeś wszystko, o co cię prosiłam. – Kiedy nie uzyskała odpowiedzi, pospiesznie zaczęła grzebać w swojej torbie zarzuconej na ramieniu.
– Ty chyba nigdy nie dasz za wygraną – rzucił niecierpliwie Ron, który z politowaniem spoglądał na wielki bagaż książek ciągnięty przez Hermionę.
– Trzymaj, to dla ciebie. – Wyciągnęła rękę w kierunku Harry’ego, czekając aż odbierze zwinięty pergamin. Cofnęła ją jednak, gdy zorientowała się, że przyjaciel nie zamierza z nią współpracować.
– Nie mów, że zrobiłaś za niego wypracowanie. – Ron wyglądał na bardzo zdumionego, zupełnie jakby Hermiona dopuściła się największej zbrodni na świecie.
– Nie dramatyzuj, tobie też przecież pomogłam – stwierdziła  z wahaniem, chcąc najwyraźniej usprawiedliwić swoje nieprzepisowe działanie.
– Dobre sobie, wszystko musiałem robić sam – odparł z wyrzutem Ron.
– Nie żartuj, w twojej pracy było tyle bzdur, że wszystko musiałam poprawiać. Między tym a twoimi bazgrołami nie ma żadnej różnicy. – Wskazała na rulonik z wypracowaniem.
– W takim razie od teraz możesz pisać je za mnie. Tak będzie lepiej dla nas obojga – uśmiechnął się krzywo. Hermiona odwzajemniła gest,  jednak nie zamierzała tego komentować.
– Harry, błagam cię, weź to. Chyba zdajesz sobie sprawę, w jakiej jesteś sytuacji? Snape i tak nie zauważy różnicy. Zastosowałam kilka zaklęć, które pozwoliły mi idealnie odwzorować twoje pismo, styl też pozostał niezmieniony. Naprawdę, nie musisz się niczego obawiać, nikt o niczym się nie dowie…
– Hermiona, ile razy mam ci powtarzać, że nie jestem zainteresowany? – odparł zniecierpliwiony i nagle zatrzymał się w połowie spiralnych schodów prowadzących do zimnych lochów. Jego zielone oczy niebezpiecznie zalśniły w świetle pochodni. Choć Harry’emu wydało się to dziwne, Hermiona wreszcie przestała naciskać i przez resztę drogi nie odezwała się ani słowem.
W sali, gdzie odbywały się eliksiry, jak zawsze było ponuro. Słaba widoczność, kurz i wielkie pajęczyny – tak w skrócie można było opisać to pomieszczenie. Trójka Gryfonów weszła do środka kilka sekund po dzwonku. Od razu przy wejściu przywitał ich lodowaty ton Severusa Spape’a.
– Odejmuję Gryffindorowi trzydzieści punktów za spóźnienie. Siadać na miejsca, zanim zmienię zdanie i wyrzucę was za drzwi.
Kiedy wszyscy siedzieli już w ławkach, zapadła głucha cisza. Snape przeglądał jakieś papiery, mrucząc bezgłośnie coś pod nosem. Harry mimowolnie powędrował wzrokiem na drugą część sali, gdzie przesiadywali Ślizgoni. Od razu wypatrzył Malfoya, który zajmował miejsce w pierwszym rzędzie. Harry widział zaledwie tył jego głowy, ale potrafił wyobrazić sobie bladą twarz wykrzywioną w niemiłym grymasie. Wciąż go obserwował, czekał na jakiekolwiek potknięcie lub znak. Coś , co mogłoby zdradzić jego plany. Choć Harry nie przyznawał się przed samym sobą, czuł, że popada w paranoję. O ile na początku podchodził do wszystkiego z rozsądkiem, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Malfoy coś kombinuje. Jeśli nie ma to związku z nim – Harrym – to z kim lub czym? Musiała istnieć jakaś racjonalna odpowiedź i Harry przysiągł sobie, że ją pozna.
Snape z trzaskiem zamknął dziennik, obszedł swoje biurko i zrobił kilka bezszelestnych kroków w kierunku uczniów. Zanim się odezwał, szczelnie okrył się swoją czarną peleryną.
– Nie powiem, żeby szczególnie mnie to cieszyło, ale niestety zajęcia zostają odwołane…Wypowiedź profesora została chwilowo zagłuszona przez podekscytowane szepty Gryfonów
– Cisza! Chyba nie chcecie, abym odjął wam kolejne punkty, Gryffindor już wystarczająco ucierpiał przez waszych kolegów. – Tu pogardliwie spojrzał na Harry’ego, który nie zamierzał mu ustąpić i odpłacił tym samym.
– Jak już mówiłem, nie będzie dziś lekcji eliksirów, jednakże nie zamierzam odpuścić wam wypracowań, które miały być na dziś gotowe. – Snape znów zamilkł i można było usłyszeć odgłos głośno przełykanej śliny. Ławkę dalej za Harrym siedział przerażony Neville. Jego twarz była blada jak kreda. – Zostawcie je na moim biurku. Przypominam, że osoba, która ma nędzne stopnie z eliksirów i nie odda dziś pracy domowej, prawdopodobnie nie zaliczy semestru – zaznaczył surowym tonem. Niesmak na jego twarzy stał się znacznie wyraźniejszy, gdy dostrzegł, jak Neville rozpaczliwie przetrząsa swoją teczkę. Lustrował jeszcze przez chwilę uczniów zimnym spojrzeniem, po czym kazał wszystkim się rozejść. Ludzie z miejsca wstali i pędem ruszyli w stronę wyjścia. Harry kątem oka zauważył, że Malfoy wciąż siedzi na swoim miejscu. Gryfon udał się do wyjścia za Ronem i Hermioną. Kiedy szli korytarzem, Harry nagle się zatrzymał.
– Zapomniałem zabrać czegoś z sali. Nie czekajcie na mnie, dogonię was.
Zanim przyjaciele zdążyli coś powiedzieć, ruszył w przeciwną stronę. Hermiona spojrzała z zaskoczeniem na Rona, a ten jedynie wzruszył ramionami.
Ostrożnie podszedł do drzwi. Zostały lekko uchylone, co było sprawką Harry’ego. Po zastosowaniu zaklęcia wyostrzającego słuch, nie miał żadnych problemów z podsłuchaniem rozmowy.
– Ile razy mam ci powtarzać, że nic na to nie poradzę. Nie dasz sobie z tym rady – głos Snape’a okazał się bardzo wyraźny, zupełnie, jakby profesor stał tuż przy Harrym.
– Wciąż tylko szukasz wymówek, obiecałeś, że będziesz mi pomagać. Tobie przecież się udało – Zdeterminowany ton Malfoya sugerował, że było to dla niego coś bardzo ważnego.
– Odpuść wreszcie, ja wszystkim się zajmę. Nie wychylaj się więcej, bo nie wiem jak długo będę w stanie cię chronić.
– Zwykłe pieprzenie. Ciągle jesteś obserwowany przez Dumbledore’a. Wszędzie wokół ma swoich ludzi. Niby jak możesz się tym zająć w tych warunkach?
– Powściągnij język albo wyjdź, zapominasz chyba kogo masz przed sobą – odparł Snape z nutą gniewu w głosie. Po chwili westchnął z rezygnacją. – Daj mi kilka dni. Postaram się jakoś ci pomóc. Nie rób nic, czego potem będziesz żałował.
– To twoja ostatnia szansa. Jeśli ty mi nie pomożesz, znajdę inny sposób, aby to załatwić.
Harry usłyszał zbliżające się kroki, w obawie, że może zostać nakryty, schował się za jedną z opasłych kolumn. Po chwili z sali wyszedł Malfoy, który nieufnie rozejrzał się po korytarzu i skierował się w przeciwną stronę, w głąb lochów. Harry odetchnął z ulgą. Sam odczekał jeszcze kilka sekund i szybkim krokiem udał się do dormitorium.

**

Nie bardzo wiedział co zrobić z uzyskanymi informacjami. W sumie nie dowiedział się niczego konkretnego. Z podsłuchanej rozmowy wynikało, że Malfoy coś szykuje, ale o tym wiedział już wcześniej. Jakoś niespecjalnie zaskoczyło go, że bierze w tym udział Snape, w końcu grają w tej samej drużynie. Jedno było pewne – za kilka dni Malfoy otrzyma wsparcie od mistrza eliksirów. Harry zastanawiał się jakiego rodzaju będzie to pomoc i na czym ma ona polegać. Z jednej strony czuł podekscytowanie, a z drugiej był przybity. Nie mógł nawet powiedzieć o tym swoim przyjaciołom. Już wyobrażał sobie Hermionę przekonującą go, aby się w to nie mieszał i pozwolił jej się tym zająć. Ronowi też nie mógł zaufać, prędzej, czy później, wypaplałby wszystko Hermionie. Jeśli Harry chciał osobiście dorwać Malfoya, musiał działać sam. Rozwinął Mapę Huncwotów i spojrzał na kropkę z nazwiskiem Draco Malfoy. W tej chwili Ślizgon, tak jak Harry, znajdował się w swoim dormitorium. Dobrze wiedział, że to się nie zmieni, jednak nie mógł sobie odmówić śledzenia  swojego wroga, nawet jeśli swój pierwszy ruch wykona dopiero za kilka dni. Jakiś czas później Harry zwinął mapę i wepchnął ją w najdalszy kąt szuflady. Lekko się uśmiechnął. Cieszył się, że w końcu ma jakiś cel, powód, by następnego dnia zwlec się z łóżka. Rutyna ostatnio panująca w jego życiu zaczynała go zwyczajnie przytłaczać.



***

Specjalne podziękowania dla Alex;)
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

odwiedzam:

Herbaciana róża | Improbus et bonum | On the edge | Przywyknij






Rozdziały: Prolog | 1 | 2 | 3 | 4